dernbach powrot

Wizyta w Dernbach

3.07.2005




Niedziela zaczela sie wczesnie, bo o 7.20 wyjezdzalismy do Dernbach, do klasztoru, gdzie pracowala Babcia, a zarazem Ciocia gwiazd projektu czyt. uczestnikow - pani Stanislawa Angiel. Aldona i nasze dwie papuzki nierozlaczki (Ewa i Iza) jechaly samochodem z Barbara, a Junior, Radek, Marta, Kaska (wszyscy z Lodzi) oraz Agnieszka i Gosia (z okolic Lublina) jechali z Rudim i wiecznie zakreconym Thomasem busikiem. Ze wzgledu, ze bylismy w drugim wozie :p to mozemy smialo napisac, ze bylo bardzo wesolo. Jak jechalismy do Dernbach to wiekszosc odsypiala, przyjmujac rozne pozy, ale w drodze powrotnej to sytuacja sie diametralnie zmienila, ale o tym pozniej:). Jechalismy z roznymi wyobrazeniami i oczekiwaniami.
Gdy dojechalismy, na parkingu czekaly juz na nas swie siostry. Na "dzien dobry" kazdy z nas otrzymal kwiatki zerwane prosto z krzaku rozy. Sie naprawde sympatycznie zaczelo. Najpierw zostalismy zaproszeni na sniadanko. Furore robila kawka (pychotka). Dobrze, ze byla polska siostra, ktora nas oprowadzala, to Przemo z Goska mieli wolne i nie musieli wszystkiego tlumaczyc (bo nie bylo Bernadetty). Przy stolach rozmawialismy tez z siostrami przelozonymi i innymi po niemiecku ( a co!?!).
Po drugim sniadanku, bo przeciez z pustymi brzuszkami nie bedziemy wylatywac z gniazda, przyszla kolej na nastepne wydarzenia. O 10.00 poszlismy na specjalna msze do kosciola w Dernbach. Dla wszystkich byl to dzien szczegolny, bo byly swiecone nowe dzwony do kosciola. Najpierw z pol godzinki posmazylismy sie w samym sloncu, po czym wkroczylismy do kosciolka. Zostalismy szczegolnie przywitani na poczatku mszy, potem poznalismy tez duzo waznych osob. Pewnie widzieliscie nasze fotki z mszy, jak probowalismy cos zaspiewac po niemiecku. Ja sie nie wypowiadam, jak nam to wyszlo:). Po mszy przy kosciele odbywal sie festyn, gdzie miejscowi, i pewni niemiejscowi :D, mogli za darmo wciagnac jakies smakolyki i napic sie do woli. Ale sie objedlismy... byl taki pyszny gulasz z mieskiem i swieza buleczka. Nie tylko uszy nam sie trzesly :). Wsrod napoi w ofercie bylo piwo, soki, cola i apfelwein (wino jablkowe - specjal Frankfurtu oraz jego okolic, no nie wiem, czy to takie dobre, ale o gustach i smakach sie nie dyskutuje). Byla taka smieszna sytuacja, ze dziewczyny nie wiedzialy, jak sie otwiera piwo (takie z metalowymi drutami) i poprosily siostre Klaudie (Polke) o pomoc. Ale kapitalna byla scenka, jak siostra usilowala otworzyc pyfko. Jak to w nowych sytuacjach, bylismy troche niepewni (ale nigdy homo-). W ogole wszyscy ludzie dobrze sie tam bawili, sa naprawde otwarci. Zdziwieni bylismy, ze ksiadz ich wszystkich zna, podchodzi, zartuje, zje czy napije sie razem. Naprawde super atmosferka. W miedzyczasie taka reporterka, ktora wg tajnego wywiadu byla zaproszona przez Rudiego, robila z Junkiem, Kasia i Gosia wywiad do radyjka. Co troche pojawial sie tekscik "To sie wytnie", szczegolnie przy wypowiedziach Kilera, ale looz.
Potem siostra Klaudia i jeszcze jedna siostra oprowadzaly nas po nowym szpitalu. Kurcze, ale tam ludzie maja warunki, lepiej niz w hotelu! A jakie laboratorium!! Ho, ho! Tylko pozazdroscic! Kobiety w ciazy moga wybierac czy chca rodzic w sposob tradycyjny czy np. w wodzie. No po prostu elegancja Francja. Potem ogladalismy stary szpital, w ktorym dzisiaj jest dom opieki dla siostr i starszych osob. Spotkalismy sie nawet z siostra, ktora przypomina sobie pania Angiel, ale myslala, ze ona jest z Ukrainy. Naprawde wzruszajace chwile. Dziewczyny nie mogly powstrzymac lez. Potem zwiedzilismy kaplice szpitalna i spiewalismy "Jest zakatek na tej ziemi..." ("Czarna Madonno" bodajze), bo siostra przelozona miala zyczenie to uslyszec. Czesc nie znala tekstu, wiec miala miejsce tzw. Wielka Improwizacja. Kilka chwil pozniej bylismy juz w sali konferencyjnej, gdzie poczestowano nas napojami. Najbardziej zaskakujace bylo zdjecie Jana Pawla II, ktore momentalnie przykulo nasz wzrok. Nie wiem czy bylo tam ze wzgledu na to, jakim cudownym czlowiekiem byl czy ze wzgledu na nas, ale to bylo niesamowite. Usiedlismy przy okraglym stole, a wiec narade czas zaczac:). Kazdy dostal na pamiatke jubileuszowe wydanie dotyczace klasztoru i szpitala, takie tez wino (Radziu z Przemkiem dostali dodatkowe, ale nie ze wzgledu na plec czy atrakcyjnosc, ale dla Babcio-Cioci) oraz kamien na szczescie. Nadszedl czas, by sie pozegnac ze starym szpitalem i udalismy sie do klasztoru, gdzie w stolowce czekal na nas podwieczorek. Wszyscy ochoczo podniesli dupcie, bo potem bylo juz ciezko, aby zalapac sie na kawalek ciasta czy tortu. No i kolejne prezenty. Kazdy dostal medaliki i breloczki z wizerunkiem patronki klasztoru, wiersz i dodatkowe broszury. Bylismy juz naprawde obladowani, i zoladki i serca i rece pelne. Na koniec spokrewnieni z Pania Stanislawa dostali jeszcze po ksiazce i kopercie. Do tej pory chlopcy nie ujawnili zawartosci owych tajemniczych kopert. Pewnie to cosik w rodzaju czarnej skrzynki w samolocie. Pani Angiel otrzymala rowniez prezent chyba najbardziej wzruszajacy - obraz starej kapliczki, w ktorej na 550% sie modlila.
No i rozstania nadszedl czas. Naprawde prawie na kopach musieli nas stamtad wykurzac. Siostrzyczki nas pozegnaly i z wesolymi minkami pognalismy dalej. Postanowilismy, ze po drodze mozemy zwiedzic troche Limburg, takie wstepne rozpoznanie terenu. Nie wyobrazacie sobie nawet, jakie to piekne miasto, takie stare kamienice, jedna piwnica byla z XIII wieku!! Piekne domy, takie z belkowaniem, nie wiem, jak to sie zwie po polsku (po niemiecku to sa Fachwerkhäuser, przypis oczywiscie Mlodego). Bylismy krotko, ok. 1,5 godz, ale na szczescie mamy zaplanowane juz w sierpniu lub wrzesniu zwiedzanie z przewodnikiem. Pogoda naprawde bardzo dopisala, az czasami przeklinalismy slonko. Poszlismy juz cali spoceni i zmeczeni do samochodow. Jak juz wczesniej bylo wspomniane, stworzylismy "ein lustiger Bus":). Caly czas spiewalismy rozne polskie, takze i ludowe, patriotyczne i inne przyspiewki. Dzien byl pelen wrazen i czas minal jak z bicza strzelil. Prosimy o wiecej takich!! CYa Ziomki!


tekst: Kiler i Junior

Wiecej zdjec z wyprawy...