powrot

Festiwal Kultur

25.06.2005



Witam!!
Dzisiejszy dzionek byl inny niz wszystkie, zreszta jak kazdy z osobna :p. Poranek byl raczej leniwy, ale za to pozniej tempo wzroslo. Senior Rudi przylecial zabrac nas na festiwal kultur, co mialo miejsce w centrum kosmopolitycznego Frankfurtu. Poczatkowo ochoczo ruszylismy, jednak w pewnym momencie kierunki nam sie zaczely motac, ale dzieki pomocnej grupie policjantow dotarlismy do miejsca parady. Zabawa byla przednia, bo popatrzylismy na tancerzy, aktorow i kosmitow z roznych krajow. I taka sie nam akceptacja, tolerancja czy cosik bardzo w tym stylu wlaczylo, ze juz nawet plaza naturystow nie dziwi nas:).
Parada sie sfiniszowala, a my na Römer i Alte Brücke pognalismy. W pewnym sensie mozna powiedziec, ze byl to lot w nieznane z niezwykla sila napedowa. Cale szczescie, ze zaden obiekt latajacy ani przemieszczajacy sie nie ulegl zniszczeniu czy chocby uszczerbku na…zdrowiu. Wyprawa miala mila oprawe muzyczna, bo saksofonista z Lotwy wykonywal najwieksze przeboje, miedzy innymi motyw ze ‘Sniadanie u Tiffany’ego’ (skubancowi pieknie to szlo).
Wzdluz Menu (w slangu nazywanym O! Man!!) jest utworzona promenada czy pasaz. No i nie moglismy sie oprzec pokusie, zeby na owym szlaku odbic slady naszych stop. Slonko grzalo, a nasze lica z chwili na chwile stawaly sie coraz ciemniejsze (i to nie byla kwestia niedomycia). Grupa nasza skladala sie z Rudiego i Polakow, wiec sila rzeczy, albo i nie, Gosia, ktora ma jezyk niemiecki chyba we krwi, konwersowala z naszym rodzynkiem etnicznym. Temat zszedl na surowizne o enigmatycznej prawie nazwie sushi i chwilke pozniej juz pani o francuskim nazwisku (Jaque:)) probowala przysmakow kuchni japonskiej. W miedzy i czasie Aldona jako grupowa mentorka Taboo prezentowala figure pt. 'drzewo'. Co niektorym udalo sie stworzyc wlasne odmiany w stylu ‘opadajace drzewko’ czy ‘stabilna Brzozka’.
Bardzo milo mijal nam czas i przyszla pora na nakarmienie naszych tasiemcow. No to po kolei odbyl sie wspolny obiadek, a pozniej bilardzik, no i odwiedziny niemieckiej mlodziezy (sztuk dwie). Na jej temat nie bede sie rozwlekac, bo to nie moja bajka. Napomkne tylko, ze nie wiedzieli, iz sie spotykaja z nami, lecz z samym Rudim i w lekkim szoku sie witali :/. Wrazenia rozne zostawili. Po wspolnej kolacyjce logiczne jest spalanie tych kalorii, wiec wyprawa na Römer, gdzie odbywaly sie koncerty i wszelkiego rodzaju pokazy, szybko zostala zaakceptowana. Trafilismy na koncert niemieckiej grupy grajacej hiszpanska muzyke na pograniczu reagee (ale jak to sie qrna pisze?!?) i hip-hopu bodajze. Jak to przystalo na rodowitych Polakow pokazalismy Niemcom i innym narodowosciom jak to sie fika w Polsce. Wyskakalismy sie co niemiara, wprowadzajac choreografie wlasne w postaci dzikich podskokow czy wymachow w celu zdobycia wiekszej przestrzeni. Muzyczka byla aqrat na takie dance’y, a zespol sie zwie wdziecznie Les Babacools.
W miedzy i czasie Rudi podzialal jako rescuer/ratownik i takimi zulikami sie opiekowal, ze az czacha dymi. Ale dla niego nie ma rzeczy niemozliwych, tylko malo prawdopodobne. Jest otwarty na wszystkich ludzi i wszelkie okolicznosci. Total respect, Mr G! Po ogloszeniu tzw. ciszy nocnej na placu obejrzelismy pokaz walk na ogniste miecze. Robilo wrazenie, jakbym Star Wars’y w wersji sredniowiecznej ogladala. Tak sobie spacerowalismy i spacerowalismy az Rudi (nie mylic z polskim Schubertem) zaprosil nas na sushi w prawdziwej knajpce sushi.
Spokojnym truchcikiem (nie, ze trzeba bylo, ino energia nas rozpierala) znalezlismy sie przed drzwiami restauracji. Zasiadlismy przy barze, ktory byl nadzwyczaj ruchomy, albo ja malo w zyciu widzialam:p, poznalismy zasady tam panujace, jak takze kazdy przeszedl krotki kurs wkladania paleczek w paluszki. Po chwili przy barze siedzieli sami fachowcy, ktorzy naprawde smakowite rzeczy wybrali do konsumpcji. Herbatka tez byla niczego sobie, tylko troche slodkosci w nim brakowalo, ale to tylko nielicznym typkom. Swieta, swieta i po swietach i trzeba sie bylo zbierac. Wylecielismy szybko, bo lekka pizdziaweczka sie wlaczyla, a na taka ewentualnosc nasze odzienia wierzchnie, jak i my sami, nie byly przygotowane. Ale to w sam raz, bo jak juz wczesniej wspomnialam to zwracamy uwage na odpowiednia diete, a takze pozniejszy proces spalania nagromadzonych w organizmie toksyn, no i kCal’i.
Po powrocie czekaly na nas owocowe drinki przygotowane przez nadwornego mistrza ceremonii alkoholowych – Radzislawa. Nie musze chyba wspominac, ze byly przepyszne i jak mleko wchodzily. Po tylu przezyciach, po chwili ludziki mieli banie i poslusznie sie do pokoikow porozchodzili. Co pozniej sie w nich dzialo czy nie, to jeden Pan Bog wie, bo takiej wiedzy to ja juz nie mam. I chyba cale szczescie, bo by mi lepetyna puchla od nadmiaru informacji :p. Dzionek byl pelen wrazen i z takimi odczuciami poukladalismy sie do poduch.
Dobrej nocki Babelki!!


tekst: Kiler

Wiecej zdjec z wyprawy...