montabaur powrot

Wizyta w Montabaur

4.09.2005



Dzien doberek!!
Nastala dlugo oczekiwana niedziela. Tego to dnia naszym wesolym warzywnym busem wyjachalismy w sina dal. Zaczelo sie wczesnie, dlatego tez spioszki sie przetransportowaly do aut i wyjechalismy. Momentalnie w aucie nastalo milczenie przerywane co moment jakims bardziej donioslym chrapnieciem :)
Pierwszym punktem wyprawy byl Limburg. Jako ze caly projekt zaistnial dzieki lub raczej za sprawa biskupstwa Limburg, postanowilismy zwiedzic 'siedzibe glowna'. Dr Schiller, ktory prawie jak poszukiwacz zaginionej arki odnalazl w archiwach informacje o naszych przodkach, towarzyszyl nam w zwiedzaniu.
Historykom sztuki miasto Limburg kojarzy sie przede wszystkim z nazwiskiem trzech braci Jana, Pawla i...(zapomnialam :p) Limburg, autorow ilustracji i bordiur w 'Godzinkach ksiecia de Burry'. Ale sercem miasta i obiektem skupiajacym wzrok i uwage wszystkich odwiedzajacych jest katedra. Monumentalna, doniosla, najezona wiezyczkami i przepruta arkadowymi oknami prezentuje splendor sredniowiecza. Jej poczatki siegaja polowy XI wieku (1190 r. - relikwiarz oltarzowy). Wnetrze katedry to popis nie tylko znakomitego rozwiazania architektonicznego (4-kondygnacyjny uklad sciany), ale takze prezentacja bogatych formalnie i tresciowo freskow (w absydzie 'Majestas Domini', 'Niebianskie Jeruzalem').
To byl krotki rys histeryczny...oops, jak to latwo literki pomylic :). Ze wzgledu na owe zalety katedry spedzilismy tam jedyne 20 minut, co jest zaledwie ulotna chwila w perspektywie wczesniejszych 2,5 godzin na pchlim targu. A na ryneczku jak na ryneczku duzo bibelotow bylo i dziwilo. Ale nie az tak, zeby odstraszyc brygade RR ;). Kazdy cwiczyl swe umiejetnosci szperusiowe, jednym szlo lepiej (komorka, zestaw marmurowej zastawy), a innym gorzej (misie podbily serca najtwardszych). Kazdy znalazl cos dla siebie i z torbami pelnymi niepotrzebnych rzeczy ruszylismy na obiadek.
Dostalismy zaproszenie do glownego seminarium duchownego biskupstwa Limburg na posilek. Obiad czy posilek to malo powiedziane, gdyz czekaly na nas suto zastawione stoly z daniami jak z jakiejs 5-gwiazdkowej restauracji: brokuly z migdalami, zrazy z sosem pomaranczowym, deser z kremem smietanowym i musem porzeczkowym. Objedlismy sie jak baki i trzeba sie bylo prawie turlac do pobliskiego ogrodu. Moment siesty i w droge.
Wczesnym popoludniem dotarlismy do glownego punktu programu, czyli do klasztoru w Montabaur. W 1943 roku pan Jan Nowogrodzki pracowal tu w gospodarstwie nalezacym do klasztoru. Zajmowal sie transportem warzyw i mleka do klasztoru (jezdziec z niego byl doskonaly). Do roku 45 tam przebywal i naprawde wykonywal ciezka prace. Bracia milosierni bardzo serdecznie przywitali wnuczki pana Jana - Aldone i Ize. Odwiedzilismy zarowno klasztor, przyklasztorna kaplice, jak i wczesniej wspomniane gospodarstwo. Miejsce zrobilo na nas wrazenie, biorac pod uwage fakt, ze 60 lat temu w zupelnie innych okolicznosciach i z innymi ludzmi zyl w Montabaur pan Nowogrodzki.
Nalezy rowniez wspomniec, ze dziewczyny byly rozchwytywane przez reporterow, udzielajac wywiadow i tworzac symulacje powitania po latach. Scena przegiecia bylo pozowanie na kleczkach dziewuszek do zdjecia dla pewnej maloletniej reporterki. Przy gospodarstwie znajdowala sie stajnia, ktorej mieszkancy byli bardzo pozytywnie do nas wszystkich nastawieni (chyba Radziu byl dla konikow najfajniejszy, ale to chyba za sprawa specyficznej fryzury :p). A niektore to wygladaly jak kon, co potrafi mowic. Niektorzy z nas opuscili szanowne grono projektowcow - Barbara z ekipa (Ute, Radek, Thomas). Stamtad udalismy sie do ... zamku o zoltych murach. No malowniczo to tam bylo, a szczegolnym powodzeniem cieszyl sie ogrodek z rekordowa iloscia miniaturowych fontann.
Schodzac z zamku zwiedzilismy stare miasto Montabaur oraz katedre, ktora w obecnej chwili jest remontowana. Pomimo tego faktu i tak wyglada imponujaco. Wracajac do aut coraz to wiecej osob sie od nas odlaczalo i zegnalo. I w ten sposob w okrojonym skladzie wyladowalismy na grill party u Klaudii (jedna z naszych nowych znajomych). Spedzilismy u niej czas fantastycznie, grajac w ringo, dyskutujac na tematy mniej i bardziej powazne. Tutaj rowniez furore robilo jedzonko. Przepyszna byla wieprzowina z boczkiem i cebulka, jakos wymyslnie pozawijana i przyprawiona i zeby za duzo ludkow nie wiedzialo, co tak pieknie pachnie, zawinieta w folie aluminiowa. Wprost niebo w gebie . Naprawde bylismy szczerze zdziwieni, ze ludzie tak bez zadnego konkretnego powodu chca nas poznac, porozmawiac, ze sa jednym slowem dla nas dobrzy. Nie, jedno slowo to za malo - uprzejmi, otwarci, przyjacielscy, takie dobre duszyczki :). Wszystko co dobre szybko sie konczy i z tej przyczyny wieczor rowniez. Duzo sie wydarzylo i troche zmachani pousypialismy w busie (tym razem bez kolysanki czy dobranocki sie obylo :p).
Kolejny raz wielkie dzieki za dzionek. Pa pa


tekst: Gosha i Kiler

Wiecej zdjec z wyprawy...